— Tom ci już rzekł, że nad moje spodziewanie. Kiedy w nocy topczowie spali, jam odpiłował łańcuch i do monasteru Świętej Trójcy pobiegł, bo wiedziałem, że tam jest czerniec jeden, który mnie dobrze znał, kiedy w Kijowie w Ławrze przebywał, ale on mnie przechować nie mógł, bo kaługery byliby mnie ze samego strachu Turkom wydali, tak się boją. Chciał mi dać ten znajomy kaługer mnisze ubranie, abym się przebrał, alem nie chciał, bo kaługery z brodami chodzą i z długimi włosy, a gdybym się nie był ostrzygł i ogolił, Turcy by mnie byli snadno poznali. Ale ty, skąd ty się taki wziął, hołubczyku201, że tak śpiewać umiesz?
— Jeden Kozak mnie nauczył — rzekę.
— Kozak, Kozak cię nauczył — powtórzył Pańko, jakby do siebie mówił. — Wart i ty być Kozakiem, wart: łepski by był mołojec z ciebie!
Ja bym się był rad z nim szeroko rozgadał, ale on skąpy był w słowach; ani rusz pociągnąć go za język. Pan Harbarasz zrazu na niego krzywym okiem patrzył, jakby mu nie bardzo wierzył, aż im dłużej z nim jechał, tym mniej był nieufny, aż w końcu i chwalić go zaczął, osobliwie kiedy zapuściliśmy się w najdziksze góry i między odludne i przepaściste skały, o których pan Harbarasz dobrze wiedział, że się w nich zbóje na podróżnych zasadzają, a już najbardziej na karawany kupieckie, bo się na nich dobrze obłowić można.
Taki był jeden kawałek drogi, który zgrozą najśmielszego przejmował, bo się ciągle natykało na kości końskie, a nawet i ludzkie, jeszcze świeże, około których sępy krążyły, albo na szczątki skrzyń rozbitych, jakby na ślady zabójstwa i rabunku, a szlak ten nazywał się „hajducki”, bo trzeba wiedzieć, że tam zbójców nazywają hajdukami, com ja rad bardzo słyszał, jako że i nasz podborski hajduk, Kajdasz, jako prawdziwy zbójca sobie z nami poczynał, a tak owa nazwa cale mu się godziła.
Jechaliśmy przez te hajduckie wąwozy w pogotowiu jakby wojennym: co było broni, to pan Harbarasz porozdawał, tak że każdy kupiec i każdy furman miał nabity samopał, a Pańko najlepiej w tym szedł na rękę, osobliwie w nocy, kiedy się pod gołym niebem dnia czekało. Wtedy Pańko wozy nasze dziwnie w tabor ustawiał, konie wyprzęgnąwszy, że się z tego jakby mała forteca robiła, w której się i całej kupie opryszków bronić i odstrzeliwać można było: czaty rozstawiał, sam boczne skały obchodził, czy zasadzki nie odkryje, a tak zawsze urządzić nam nocleg umiał, że tył i boki mieliśmy skałami zakryte i bezpieczne, a kiedyby napad jaki na nas był, to tylko od jednej strony i z przodu.
Jednej nocy stał się nawet popłoch i kto wie, czyby nas byli owi hajducy nie opadli. Stał wtedy Pańko na czatach, bo jego kolej była: obaczył, jak spoza wysokiej skały wychylił się na chwilę zbójca, jak rozglądnął się i umknąwszy na skałę, świsnął, jakby znak dawał towarzyszom. Pańko dał ognia z rusznicy, a na odgłos strzału porwiemy się wszyscy na równe nogi i jak nas było kilkunastu, wypalimy wszyscy razem z rusznic, że aż skały na milę jakby jednym grzmotem zahuczały — acz żaden z nas nie wiedział, po co strzelił i do kogo.
Rozgniewał się o to srodze pan Harbarasz, który sam jeden nie strzelił, przypadł do nas i bardzo złajał, „bo — mówi — jaki to wiwat był, czy to księżyc wam zawadza, chcieliście go z nieba ustrzelić; a tak gdyby teraz ci hajducy na nas z góry spadli, hanczarami by nas jak barany porzezali, bo żaden z was kuli w rusznicy nie ma”. I kazawszy nam prędko rusznice nabić, mówi do Pańka:
— Myśmy tu tylko dwaj żołnierze: ty, żeś strzelał, ja, żem nie strzelał. Nie może być inaczej, jeno żeś kiedyś żołnierzem bywał?
— Może i bywał — odrzekł Pańko i na tym przestał.