Powstał hałas. Z hałasu nic nie można było zrozumieć, tylko jedno słowo: Cyrek.
— Ta psiakrew! Ta nas gubi...
— Djabłu duszę zaprzedał!
— Ksiądz pleban... — począł pisarz.
Nie słuchali go. Zajadłość na Cyrka rosła; dopowiadali o nim coraz to nowsze historje.
— Idę se — mówił Tomek — wyjrzeć na pasterzy, a ten, wiecie, co robi w samiutką sumę? wiecie?
— Co?
— Kwiczole chyta... „Zjadłeś ty djabła, aj-eś ty zjadł” — powiadam mu — „toś tu? A któż za ciebie w kościele?” — „Ja — pada — za siebie najął”... — „Kogo?” — pytam się. „Błażeja Szczyptę” — odpowiada. — „Ja mu siekł, a baba mu żęna”... „Poczekaj, hyclu!” — mówię mu — djabli Szczypty za ciebie do piekła nie najmą; musisz ty sam odsługować”...
— Siedem roków, jak nie był do spowiedzi...
— A przed kościołem mieszka...