Bedziecie panami —
Ale nie bedziecie
Przewodzić nad nami...”
Echo grało i niosło w nieskończoną dal przejętą nutę, połączoną z szelestem bukowych liści.
— Dyć to prawda, choć to i śpiewka... — podumał chłop — Co powiecie?... Do krzty zabaczyłeś! — zerwał się na nogi. — Trza wsuć ziemniaki, bo ogień zagaśnie...
Niezadługo siedzieliśmy w kolebie na żerdzi, wyciągając z watry opalone ziemniaki i jedząc smacznie ze sobą.
Po wieczerzy ułożyliśmy się na sianie, przyniesionem z kopy, i pookrywali płaszczami grzeszne ciała. Sen jednak nie przychodził. Myśli każdemu leciały przez głowę, jak w opętaniu.
— Nie porada usnąć! — dźwignął głowę mój sąsiad.
— Nie porada.
— Mówmy co!