— Skąd, kie go nie trza... Żyje ta jagodami czem zdole; grzybów uzbiera w lesie, bukwi, mrówek... Ale se krzywdzi. Zeszliśmy sie we wrębie, to opowiadał, że bieda na niego...

— No, wierzę!

— Ale biedy takiej nima, nie wierzcie. Ino to wicie, nie wezwyczajone, to sie mu ta i cnie... Schodził on kawał światu — dodał po chwili — za morzem był i wszędy. Padają, że siedmioma językami gada, ale ja temu nie wierzę.

— I tu trafił na swoje nieszczęście...

— Ja medytuję — przerwał — że nieszczęściów nima, ani szczęściów...

— Ino?

— Ino są jakiesi płanety: złe i dobre. Ale złych jest więcy... musi być więcy...

— Czemu?

— Bo sie ludziska skarżą, a to niedobry znak...

Przysunął się ku mnie i gorączkowo począł mówić. Oczka mu błyszczały, jak dwie na słońcu krople.