Część czwarta. Lato

I

I tak się ano było zmarło Maciejowi Borynie.

Zaś w chałupie zaspali ździebko1 z powodu niedzieli, jaże2 dopiero Łapa przebudził ich szczekaniem, bo tak ujadał, tak wył, tak ciskał się do drzwi, a kiej3 mu otworzyli, tak szarpał za przyodziewy4 i wylatywał, obzierając się5, czy za nim lecą, że Hankę jakby cosik6 tknęło.

— Wyjrzyj no, Józka, czego ten pies chce.

Poleciała za nim w dobrej myśle, swywoląc7 po drodze.

Doprowadził ją do ojcowego trupa.

Wrzask ci straszny podniosła; zbiegli się wnet wszyscy na pole do starego, ale już całkiem widział się być zeskrzytwiałym8. Leżał na twarzy, jak był padł w skonania czasie, a rozkrzyżowany kieby9 w tym ostatnim dusznym i gorącym pacierzu.

Zniesiono go do chałupy, probując jeszcze ratować.

Ale na darmo poszły starunki10, próżne już były wszelakie pomoce i zabiegi — trup ci to był jeno11, zimny trup człowieczy.