Srogi lament powstał w chałupie. Hanka rozkrzyczała się wniebogłosy, Józka z rykiem tłukła się o ściany, Witek buczał wraz z dziećmi, nawet Łapa wył i szczekał w opłotkach; tylko jeden Pietrek, co się był pokręcił tu i owdzie, wyjrzał na słońce i spać poszedł do stajni.

A Maciej leżał na swoim łóżku, rozciągnięty i sztywny, z rozdziawioną i uwalaną w ziemi gębą, podobien zgoła do zeschłej na słońcu grudy ziemi lebo12 pnia spróchniałego; w zesztywniałych garściach zaciskał piach, zaś oczy otwarte szeroko patrzyły z takim zachwyceniem, a tak kajś13 daleko, jakoby w niebo już na ścieżaj14 wywarte.

Ale taka straszna groza śmierci biła od niego i taka przejmująca lutość15, jaże go płachtą przykryli.

Że zaś w mig rozniesło się po wsi, to ledwie co słońce wyniesło się chyla tyla16 nad chałupy, a już ludzie lecieli na przewiady. Raz po raz wchodził ktosik17, unosił płachty, zazierał mu w oczy, przyklękał i pacierz mówił; zaś drudzy, łamiąc rozpacznie ręce, przystawali w żałobnej cichości, do cna w sobie struchleli z onej bożej przemocy nad człowiekowym żywotem.

Jeno te żałosne lamenty sierot nie ścichały ani na chwilę, roznosząc się na całą wieś.

Dopiero kiej Jambroż nadszedł, wypędził wszystkich przed dom, a izbę zamknął, by wespół z Jagustynką i Jagatą, która się była przywlekła z tym ochfiarnym pacierzem, wziąć się do obrządzania umarlaka. Ochotnie on to zawdy18 robił i z niemałymi przekpinkami, ale dzisia było mu czegoś na sercu ciężko.

— Tyla ano człowieczej szczęśliwości! — mamrotał, rozdziewając zmarłego. — Kostucha, kiej się jej spodoba, ułapi cię za grdykę, praśnie19 w pysk, zadrzesz giry na księżą oborę20 i oprzej się!

Nawet Jagustynka była jakaś markotna, bo wyrzekła żałośnie:

— Tyrał się jeno chudziaczek po świecie, to lepiej, co i pomarł.

— A juści21, bo mu to jaka krzywda była!