Był coraz dalej, wspinając się z wolna pod łagodne wzgórze, na którym wyrastała czarna ściana boru. Wieś ostała za nim jakby na samym dnie, pławiła się w sadach, a przez przerwy między chałupami polśniewał staw lub jakieś okno zagrało w słońcu.
Kajś411 pod smętarzem412 cięli koniczynę i kosy migotały nad ziemią niby te sine błyskawice, gdzie znów czerwieniały kobiece przyodziewy413 i stada białych gęsi pasły się na wąskich ugorach, a za wsią, w zielonych polach ziemniaków ruchali414 się ludzie kiej415 mrówki, zaś jeszcze wyżej, w nieprzejrzanych dalekościach majaczyły jakieś wsie, domy samotne, drzewa pogarbione nad drogami, wielgachne pola i widziały się jakoby potopione w modrawej i wrzącej wodzie.
Głęboka cichość szła górą nad ziemiami, rozpalone powietrze jaże416 ślepiło417 migotem, ziejąc takim skwarem, że skroś tych białawych, roztrzęsionych płomi418 jeno419 niekiej420 przeleciał bociek ważąc się ciężko na omdlałych skrzydłach i zaziajane421 wrony przefrunęły.
Skowronki śpiewały kajś422 niedojrzane, niebo wisiało wysokie, rozpalone i czyste, że tylko gdzieniegdzie warowała na tych niebieskich polach jakaś biała chmurka, kieby423 ta owca zbłąkana.
Zaś po ziemiach baraszkował suchy i gorący wiater424, przewalając się jak pijany, czasem podrywał się z prześwistem, jaże425 płoszyły się ptaki, albo gdziesik426 przyczajony buchał z nagła we zboża i skłębiał je, mącił, wzburzał do dna i przepadał znowu nie wiada427 kaj428, a rozkolebane zagony długo jeszcze gędziły429 i cichuśko, jakby się skarżąc na wisusa430.
Antek przystanął pod lasem na ugorze i znowu się ozgniewał431.
— Jeszczek432 nie podorany! Konie stoją przez433 roboty, gnój spala się na kupie, a ten ani się zatroszczy! A żeby cię! — zaklął ruszając pod borem ku krzyżowi na topolowej drodze.
Zmęczony się czuł, w głowie mu szumiało i kurz zapierał gardziel, przysiadł pod krzyżem w cieniu brzózek, ułożył na kapocie śpiącego Pietrusia i obcierając rzęsisty pot zapatrzył się we świat i zamedytował434.
Słońce skłoniło się nad bory i pierwsze lękliwe cienie wyłoniły spod drzew, czołgając się ku zbożom. Bór cosik435 gwarzył436 z cicha czubami płonącymi w słońcu, a gęste podszycia leszczyn i osik trzęsły się jakby w zimnicy. Dzięcioły kuły zawzięcie i kajś437 daleko skrzeczały sroki. Czasem między omszałymi dębami zamigotała żołna, jakby kto cisnął kłębkiem zwiniętej tęczy.
Chłód zawiewał z omroczonych, cichych głębin, tylko kajś niekaj438 podartych słonecznymi pazurami.