— Nie pożywita455 się mną — rzucił grudkę, uciekły cicho jak złodzieje.
Zaś potem, że siedział jakby w odrętwieniu, zapatrzony we świat i całą duszą zasłuchany w jego głosy, to wszelaki stwór jął zuchwale ciągnąć na niego; mrówki łaziły mu po plecach, motyle raz po raz przysiadały we włosach, boże krówki szukały czegoś po twarzy, a zielone, spasłe liszki pięły się skwapnie na buty, to leśne ptaszki cosik456 mu zaświergoliły nad głową i wiewiórka przewijając się od boru zadarła rudy ogon, ważąc się przez mgnienie, czyby nie chycnąć na niego, ale on ani już o czym wiedział, grążył457 się bowiem w czymściś458, co buchało z tych ziem nieobjętych, sycąc mu duszę upojną i zgoła niewypowiedzianą słodkością.
Zdało mu się, jakoby z tym wiatrem przewalał się po zbożach; jakby polśniewał mięciuśką, wilgotną runią traw; jakby toczył się strumieniem po wygrzanych piachach skroś łąk przejętych zapachem sianokosów; to jakby z ptakami leciał kajś459 wysoko, górnie460 nad światem i krzykał461 z mocą niepojętą do słońca; to znowu jakby się stawał szumem pól, kolebaniem się borów, siłą i pędem wszelakiego rostu462 i wszystką potęgą tej ziemi świętej, rodzącej w śpiewaniach i weselu. I sobą się wiedział, wszyćkim463 się wiedząc zarazem, bo i tym, co się obaczy i poczuje, czego się dotknie i co się wyrozumie, ale i tym, czego nie sposób nawet pomiarkować464, a co jeno465 poniektóra dusza w godzinę śmierci przejrzy i co się w człowiekowym466 sercu tylko kłębi, wzbiera i ponosi ją w jakąś niewiadomą stronę, i łzy słodkie wyciska, i nieukojną tęsknicą kieby467 kamieniem przywala.
Szło to przez niego niby chmury, że nim co pojął, już inne następowały, już nowe i barzej jeszcze niepojęte.
Był na jawie, a śpik468 sypał mu w oczy makiem i wodził kajś469 ponad dole i stronami zachwyceń prowadził, że już w końcu poczuł się niby w czas Podniesienia, kiej470 dusza gdziesik471 się wzniesie i płynie klęczący na jakieś janielskie472 ogrody, na jakieś nieba i raje pełne szczęśliwości.
Kwardy473 był przeciek474 i do tkliwości nieskory, ale w tych dziwnych minutach gotów był paść na ziem475, przywrzeć do niej gorącymi ustami i obejmować cały ten świat kochany.
— Nic, jeno476 me477 tak powietrze rozbiera478! — bronił się trąc oczy kułakiem479 i srożąc brwie480, ale bo to poredził481 się przemóc, bo to mógł zdusić w sobie kuntentność482, która go przepalała?
Na ziemi się bowiem znowu poczuł, na ojcowej i praojcowej grudzi, między swoimi, to i nie dziwota, co483 radowała mu się dusza i każde bicie serca zdało się wołać na świat cały mocno i radośnie:
— Dyć484 znowu jestem! Jestem i ostanę!
Prężył się w sobie, gotów dźwignąć się na to nowe życie, którym już szedł ociec, jakim przeszły dziady i pradziady, i tak samo jak oni pochylał bary, by wziąć ciężki trud i ponieść go nieulękle i niestrudzenie, aż póki Pietruś nie zastąpi go z kolei...