I na tartaku robota wrzała kiej790 w ulu, traczka791 już szła bez przerwy, piły z głuchym zgrzytem przeżerały długachne kloce, a woda z krzykiem waliła się z kół w rzekę i spieniona, zmordowana, gotowała się bełkotliwie w ciasnych brzegach. Z wozów zwalali chojary, ledwie okrzesane z gałęzi, aż ziemia jęczała, zaś sześciu chłopa obciesywało792 je do kantu, a drugie wynosiły deski na słońce.
Mateusz prowadził całą fabrykę, że co trochę widać go było w innej stronie, dzielnie zwijał się rządząc i bacznie wszystkiego doglądając.
Przywitali się przyjacielsko.
— A kajże793 to Bartek? — pytał Antek rozglądając się po ludziach.
— Zmierziły mu się Lipce794 i pociągnął za wiatrem.
— Że to poniektórych tak cięgiem795 telepie po świecie! Roboty widać masz na długo, tylachna796 drzewa!
— A chwaci797 na jaki rok abo798 i dłużej. Jak dziedzic ugodzi się ze wszystkimi, to z pół boru wytnie i przeda.
— Na Podlesiu znowuj799 dzisiaj rozmierzają ziemię.
— Bo już co dnia zgłasza się ktosik800 do zgody! Barany juchy, nie chciały cię słuchać, żeby gromadą się ugodzić, to dziedzic da więcej, a tera801 robią w pojedynkę, cichaczem, byle prędzej.
— Niektóren802 człowiek to jak ten osieł: chcesz, bych803 ruszył naprzód, to ciągaj go za ogon! Pewnie co barany, dziedzic obrywa każdemu coś niecoś, bo z osobna się godzą.