— Dziesięć roków! Dziesięć roków — szeptał niekiedy, drętwiejąc w strachu.
Mrok już zapadał, ludzie ściągali z pól, w obejściu podniósł się niemały rejwach877, gdyż Witek przygnał stado, a kobiety kręciły się kole878 udojów i obrządków, zaś na wsi jaże879 się trzęsło od przedwieczornych pogwarów i wrzasków dzieci, kąpiących się we stawie.
Antek wyciągnął wóz za stodołę, aby go przyrychtować i opatrzyć na jutro, ale wnet odechciało mu się wszystkiego, że jeno880 krzyknął na Pietrka, pojącego konie pod studnią:
— Nasmaruj wóz i wyporządź, będziesz od jutra woził na tartak.
Parob zaklął siarczyście. Nie szła mu w smak taka robota.
— Zawrzyj gębę i rób, co ci każą! Hanuś, daj trzy miarki owsa na obrok, a koniczyny przynieś im z pola, Pietrek, niech se podjedzą...
Hanka próbowała go rozpytywać, ale cosik881 jeno882 mruknął i pokręciwszy się po obejściu poszedł do Mateusza, z którym teraz żył w wielkim przyjacielstwie.
Mateusz tyle co jeno883 był wrócił884 z roboty i właśnie chlipał pod chałupą zsiadłe mleko la885 ochłody.
Skądciś, jakby ze sadu, sączyło się ciche, żałosne płakanie.
— Któż to tam tak skwierczy?