— Wolę w budzie niźli u kogo na komornym.
— Mówiła Płoszkowa, żeby się do nich sprowadzić na przezimowanie. I sama się ochfiarowała dać nam izbę, z dobrego serca.
— Z dobrego serca. A juści, pewnikiem chce zrobić na złość matce, dyć się żrą ze sobą kiej te psy. Torba zapowietrzona, nie potrzebuję jej dobrości. Nie bój się, Nastuś, wyrychtuję ci taką chałupę, że i okno będzie, i komin, i wszyćko, co ino potrza. Obaczysz, że jak ament w pacierzu, tak za trzy niedziele stanie gotowa, żebym se miał kulasy urobić, a stanie.
— Hale, sam to pewnie postawisz!
— Mateusz mi pomoże, przyobiecał!
— Nie dałaby to matka jakiego wspomożenia? — powiedziała lękliwie.
— Żebym skapiał, a prosił ich nie będę! — wykrzyknął, ale widząc, co jeszcze barzej posmutniała, wielce się sfrasował i kiej przysiedli pod żytem, jął jękliwie tłumaczyć:
— A mogę to, Nastuś? Jakże, wygnała me i na ciebie pomstuje.
— Mój Boże, żeby choć jaką krowinę dali, a to jak te najgorsze dziadaki, przez niczego, jaże strach pomyśleć.
— Będzie i krowa, Nastuś, będzie, jużem se jedną upatrzył.