— Bo to ani chałupy, ani bydlątka, ani nic! — zapłakała, przytulając się do niego; obcierał jej oczy, głaskał po głowinie, ale że i jemu robiło się żałośnie, co dziw sam nie beknął, to porwał się na nogi, chycił za łopatę i krzyknął jakby srodze zgniewany:
— Bój się Boga, kobieto, tylachna roboty, a ty jeno wyrzekasz?
Podniesła się, pełna ciężkich turbacji a trosk niemałych.
— Bo jeśli z głodu nie pomrzem, to nas wilki zjedzą na tym wywieisku.
Rozgniewał się na dobre i bierąc się do roboty, rzekł twardo:
— Masz buczeć i pleść bele co, to lepiej ostań se w chałupie.
Chciała się przygarnąć do niego i udobruchać, ale ją odepchnął.
— Hale, pora tera na jamory, juści! — Dał się jednak ugłaskać, choć się ta jeszcze sierdził1076 na babie gadanie, że odeszła spokojna i nawet wesoła.
— Loboga! Dyć i kobieta człowiek, a po człowieczemu nie wyrozumie. Płacze jeno a lamenty... Samo z nieba nie spadnie, jak się kulasami nie wyrobi. Kieby te dzieci: to śmiech, to płacz, to złoście i wyrzekania! Loboga!
Mamrotał, przypinając się do roboty, że wnet zapomniał o całym świecie.