— Kiedy pościele ma już tam, w budzie — tłumaczyła Nastusia.
— A to go puść pod swoją pierzynę, Nastuś — ozwała się Jagustynka.
— Co wam też w głowie! Hale, jeszcze czego! — broniła się zesromana.
— Dyć to twój chłop! Że ta ździebko przódzi, nim ksiądz poświęci, nie grzech. A chłopak haruje kieby wół, to mu się należy nadgroda.
— Święta prawda! Nastuś! Nastuś! — skoczył kiej wilk do dziewczyny, przycapił ją kajś w sadzie i nie popuszczając z garści, całował i skamlał:
— Wygonisz me to, Nastuś? Wygonisz, najmilsza, w taką noc?
Matka nalazła se jakąś sprawę w sieni, a Jagustynka rzekła na odchodnym:
— Nie broń mu, Nastuś! Mało dobrego na świecie, a zdarzy się kieby to ziarno ślepej kurze, to je z pazurów nie popuszczajta.
Rozminęła się w opłotkach z Mateuszem, któren, dojrzawszy przez okno, co się w izbie święci, krzyknął do Szymka:
— Na twoim miejscu już bym to dawno zrobił!