I pogwizdując, leciał na wieś szukać uciechy.

Ale nazajutrz o świtaniu Szymek stanął na robotę jak zawdy i pracował niestrudzenie, tylko kiedy mu Nastuś przyniesła śniadanie, to łakomiej sięgał jej warg czerwonych niźli dwojaków.

— A zdradź me ino, to ci łeb wrzątkiem obleję — groziła, wpierając się w niego.

— Mojaś, Nastuś... Samaś mi się dała... Już cię nie popuszczę — bełkotał gorąco i zazierając jej w oczy, dodał ciszej: — Chłopak musi być pierwszy.

— Głupiś! Hale, jakie mu to zberezieństwa we łbie!

Odepchnęła go i zapłoniona uciekła, gdyż niedaleczko ukazał się pan Jacek. Fajeczkę se kurzył, skrzypki ściskał pod pachą i pochwaliwszy Boga, rozpytywał o różnoście. Szymek rad przechwalał się z tego, co to już dokonał, i z nagła oniemiał i ślepie wybałuszył, bo pan Jacek skrzypki odłożył, kapotę ściepnął i zabrał się do przerabiania gliny.

Szymek jaże łopatę wypuścił i gębę rozdziawił.

— Czegóż się dziwujesz, hę?

— Jakże? To pan Jacek będą ze mną robili?

— A będę, pomogę ci przy chałupie, myślisz, że nie poradzę? Zobaczysz.