I nieraz jeszcze płakała na swoją biedę, jeno co już coraz rzadziej, gdyż wieś jakby się zmówiła na ich wspomożenie. Najpierwej przyszła Kłębowa z kokoszką pod pachą i stadem kurczątek w koszyku i snadź dobry zrobiła początek, bo prawie każdego dnia zaglądała do niej któraś z gospodyń, a nie z próżnymi rękami.
— Ludzie kochane, a czymże się ja wam odsłużę — szeptała wzruszona.
— A choćby dobrym słowem — odparła Sikorzyna, dając jej kawał płótna.
— Jak się dorobisz, to oddasz biedniejszym — dodała rozsapana Płoszkowa, wyciągając spod zapaski niezgorszy kawał słoniny.
I nanieśli jej tyla, że mogło starczyć na długo. A któregoś zmierzchu Jasiek przywiódł im swojego Kruczka i uwiązawszy go pod chałupą, uciekał jakby oparzony.
Śmiali się niemało, rozpowiadając o tym Jagustynce, wracającej z boru. Stara skrzywiła się wzgardliwie i rzekła:
— W przypołudnie zbierał la cię, Nastuś, jagódki, ale matka mu odebrała.
VII
Pociągnęła do Borynów, niesąc czerwonych jagód la Józki. A że właśnie Hanka doiła krowy przed chałupą, przysiadła pobok na przyźbie, rozpowiadając szeroko, jak to Nastusię obdarzają.
— Hale, na złość Dominikowej to robią — zakończyła.