— Nastce to zarówno, ale trza by i mnie co ponieść — szepnęła Hanka.
— Narychtujcie, to zaniesę — nastręczała się skwapnie, gdy z izby rozległ się słaby, proszący głos Józki:
— Hanuś, dajcie jej moją maciorkę! Zamrę pewnikiem, to Nastuś za to zmówi za mnie jaki pacierz.
Trafiło to Hance do myśli, bo zaraz kazała Witkowi wziąć prosię na postronek i pognać do Nastusi, gdyż iść samej czegoś się wagowała.
— Witek, powiedz ino, co to maciorka ode mnie! A niech przyleci rychło, bo ja się już ruchać nie poredzę! — zaskarżyła się boleśnie, chorzało bowiem biedactwo od tygodnia.
Leżała po drugiej stronie chałupy — spuchnięta, w gorączce i cała obwalona krostami; zrazu wynosili ją na dzień do sadu pod drzewa, bo skamlała o to żałośnie.
Ale cóż, kiej się tak pogarszało, że Jagustynka wzbroniła ją wynosić na powietrze.
— Musisz leżeć po ciemku, bo w słońcu wszystkie krosty padną na wątpia1085.
I leżała samotnie w przyćmionej izbie, pojękując jeno i skarżąc się cichuśko, że nie dopuszczają do niej dzieci ni żadnej z przyjaciółek, gdyż Jagustynka, mająca ją w opiece, kijaszkiem odganiała każdego.
A teraz, skoro ugwarzyła się z Hanką, podetknęła chorej jagód i wzięła się do wygniatania maści z czystej gryczanej mąki, zarobionej obficie świeżym niesolonym masłem i samymi żółtkami. Obwaliła nią grubo twarz i szyję Józki, a na to nakładła mokrych szmat; dziewczyna cierpliwie poddawała się lekom, jeno trwożnie rozpytując: