— Święty prosto człowiek, że już co dnia pacierz za niego mówię!

— Byle ci jeno kto nie wyprowadził bydlątka.

— Co mieliby mi ukraść krowę! Jezu, ady1091 bym ślepie wydarła, ady bym w cały świat poszła za nią! Pan Jezus nie pozwoli na taką krzywdę! Do izby wprowadzę ją na noc, póki Szymek nie wystroi obórki. Jaśkowy Kruczek też dopilnuje bydlątka! Moja pociecha kochana, moja najmilejsza! — szeptała, obejmując ją za szyję i całując po gębule, jaże krowa zajęczała; pies jął naszczekiwać radośnie, kury się rozgdakały zestraszone, a Szymek gwizdał coraz głośniej.

— Widno z tego, co wam Pan Jezus błogosławił — westchnęła Jagusia, jakby z cichym żalem, przyglądając się uważniej obojgu.

Wydali się jej nie do poznania przemienieni — zwłaszcza Szymek najbarzej ją zastanawiał. Dyć go znała kiej niedojdę, któren trzech zliczyć nie poredził, w chałupie był popychadłem i pomiatał nim, kto jeno chciał, zaś teraz jawił się całkiem drugim; poczynał sobie przemyślnie, nosił się godnie i prawił kieby mądrala.

— Któreż to wasze pole? — spytała po długich rozważaniach.

Nastusia jęła pokazywać, powiedając, gdzie będą co sieli.

— A skądże to weźmie nasienia?

— Szymek powiedział, co będzie, to musi być. Na darmo słowa nie puści.

— Brat mój, a słucham kieby zgoła o obcym.