— Co rzekłem, to przywtórzę, że w naszej szkole muszą się uczyć po naszemu.
— Karpienko! Iwanow! — ryknął na strażników, stojących w pośrodku ciżby, ale chłopi w mig ich ścisnęli między sobą, a ktosik im szepnął:
— Niech jeno któren tknie kogo... Nas tu ze trzystu... Miarkujcie...
I wraz się rozstąpili, czyniąc wolne przejście, a tłocząc się za nimi przed naczelnika z głuchą, rozjuszoną wrzawą, przysapując jeno, a klnąc i wytrząchając pięściami. Zaś raz po raz ktoś wyrywał się z kupy z ozorem:
— Każde stworzenie ma swój głos, a jeno nam przykazują mieć cudzy.
— I cięgiem przykazy... A ty, chłopie, słuchaj, płać i czapką ziemię zamiataj!
— Pokrótce to bez pozwoleństwa nie puszczą i za stodołę.
— Kiej takie wielmożne, to niech przykażą świniom, bych zaśpiewały kiej skowronki! — huknął Antek; zatrzęsły się śmiechy, a on wołał rozjuszony: — Abo niech im gęś zaryczy. Jak to zrobią, to uchwalim szkołę.
— Każą podatki, płacim. Każą rekruta, dajem. Ale wara od...
— Cichocie, Kłębie. Sam Najjaśniejszy Cysarz1106 nadał ustawę. I tam stoi kiej wół, co szkoły i sądy mają być po polsku! Tak przykazał sam Cysarz, to jego słuchać będziem! — wrzeszczał Antek.