— Rozbrykały się barany, a wilk jeno patrzeć, jak skoczy na stado.

— Pyskacze, juchy, nową biedę wypyskują la wszystkich.

Pokrzykiwali jeden przez drugiego, że uczynił się srogi gwar, każden bowiem dowodził swojego i przepierał drugich. Rozgrzewali się coraz barzej, rozbili się na kupy i wszędy zawrzały spory a kłótnie — zwłaszcza Grzelowe stronniki pyskowały najgłośniej i najzawzięciej, powstając przeciw szkole. Na próżno wójt, młynarz i gospodarze z drugich wsi przekładali, prosili, a nawet i strachali Bóg wie czym — większość srożyła się coraz zuchwałej, wygadując, co jeno komu ślina przyniesła.

Zaś naczelnik siedział, jakby nie słysząc niczego. Szeptał cosik z pisarzem, dając się im wygadać do woli; a kiej mu się widziało, co mają już dosyć płonego szczekania, kazał zadzwonić wójtowi.

— Cicho tam! Cicho! Słuchać! — spokoili sołtysi.

A nim się do cna przyciszyło, rozległ się jego głos rozkazujący:

— Szkoła być musi, rozumiecie! Słuchać i robić, co wam każą!

Srogo przemówił, jeno co się nie ulękli, a Kłąb chlasnął na odlew:

— Nie przykazujem nikomu chodzić na łbie, to niechże i nama pozwolą się ruchać, jak komu wyrosły kulasy.

— Zawrzyjcie gębę! Cicho, psiekrwie! — klął wójt, na darmo dzwoniąc.