Naczelnik zmarszczył się groźnie.
Wójt struchlał, a pisarzowi jaże spadły z nosa okulary. Jeno Grzela się nie strwożył — wparł w niego harde ślepie, chcąc jeszcze cosik dodać, gdy stary Płoszka wystąpił i skłoniwszy się nisko, zaczął pokornie:
— Dopraszam się łaski wielmożnego naczelnika, co rzeknę, jako to po swojemu miarkuję: szkołę, juści, uchwalić uchwalim, ale widzi się nama, co za dużo złoty i groszy dziesięć z morgi. Czasy teraz ciężkie i o grosz trudno! To jeno chciałem rzec.
Naczelnik nie odpowiedział, zatopiony w jakowychś dumaniach, że jeno kiej niekiej kiwnął głową jakby przytakująco i oczy przecierał, więc ośmielony tym wójt siarczyście przemawiał za szkołą; po nim i jego kamraty parły do tego samego, młynarz zaś pyskował najżarliwiej, nie zważając na ostre przycinki Grzelowych stronników. Aż wreszcie zgniewany Grzela zawołał:
— Przelewamy jeno z pustego w próżne! — I upatrzywszy sposobną porę, przystąpił i śmiało spytał: — A niby jaka to ma być ta nowa szkoła?
— Jak i wszystkie! — wyrzekł, otwierając oczy.
— To my akuratnie takiej nie potrzebujemy!
— Na swoją uchwalim i pół rubla z morgi, a na inszą ni szeląga.
— Co nam taka szkoła? Moje uczyły się bez trzy roki, a też ni be, ni me.
— Ciszej, ludzie, ciszej!