— Nie rozeznałem dobrze, ale zdało mi się, co Jagusię. — A widząc, że stara skrzywiła się jakoś niechętnie, dorzucił ze znaczącym prześmiechem: — Nie rozeznałem, bo zeszli mi z oczów kajś w zagaje... Pewnikiem przed gorącem...
— Święci Pańscy! Co też wam w głowie, Jasio zadawałby się z taką...
— Taka dobra jak drugie, a może i lepsza! — rozgniewał się srodze.
Organiścina chybciej zaruchała drutami, wpatrując się jakoś pilnie w pończochę. „A żeby ci ozór odjęło, pleciuchu jeden”, myślała, głęboko dotknięta. „Jasio miałby z taką dziewą... Prawie już ksiądz...”. Ale się jej spomniały różne księżowskie historie i ogarnął ją niepokój. Poskrobała się drutem po głowie, postanawiając rozpytać się obszerniej; lecz Antka już nie było, natomiast na drodze od lasu podniósł się tuman kurzawy i toczył się ku niej coraz prędzej... A nie wyszło i „Zdrowaś”, już Jasio ściskał ją z całej mocy i skamlał serdecznie:
— Mamusiu kochana! Mamusiu!
— Święci Pańscy! Ady mnie udusisz! Puść, smoku, puść! — I kiedy puścił, sama wzięła go ściskać, całować a wodzić po nim rozkochanymi oczyma.
— A to cię wychudzili, kruszyno! Takiś blady, synaczku! Takiś mizerny!
— Rosoły na święconej wodzie nie pasą! — śmiał się, pohuśtując brata, któren jaże piszczał z radości.
— Nie bój się, już ja cię odpasę — szeptała, gładząc go pieściwie po twarzy.
— To jedźmy, mamusiu, prędzej będziemy w domu.