Jagusia też poszła ku wsi, ale dziwnie czegoś markotna.

— Pewnikiem przerwałam waju pacierze, co? — syknęła Kozłowa, idąc pobok.

— Zaśby ta pacierze! Czytał mi z książki takie historie, ułożone do wiersza.

— Cie... A ja miarkowałam całkiem co drugiego. Organiścina pchnęła me go szukać... Lecę w tę stronę, rozglądam się... Pusto... Tknęło me cosik, bych zajrzeć pod gruszkę... Patrzę... Siedzą se jakieś turkaweczki... Gaworzą... Juści, miejsce sposobne... Z dala od ludzkich oczów... Juści...

— Żeby wam ten paskudny ozór pokręciło — buchnęła, wyrywając się naprzód.

— I będzie cie miał kto rozgrzeszyć! — krzyknęła za nią urągliwie.

X

Jagusia zaraz na wstępie pomiarkowała, że na wsi dzieje się cosik ważnego. Psy jakoś zajadlej naszczekiwały w obejściach, dzieci kryły się po sadach, wyzierając jeno zza drzew i płotów, ludzie już ściągali z pól, chociaż słońce było jeszcze wysoko, gdzieś znów zbierały się rajcujące cicho kobiety — a na wszystkich twarzach widniał srogi niepokój i wszystkie oczy pełne były lęku i oczekiwań.

— Co się to wyrabia? — spytała Balcerkówny, wyglądającej zza węgła.

— Nie wiem, toć pono wojsko idzie od boru.