— A żadne, tak nas uczyli we szkole, że tera nikto nie rozbierze nawet na książce do nabożeństwa! — odpowiedział Antek.
Starszy oddał książeczki drugiemu i ruszył na drugą stronę domu.
— Cóż to, chora? — podszedł nieco do Józki.
— A juści, już od paru niedziel leży na ospę.
Urzędnik śpiesznie cofnął się do sieni.
— To w tej izbie mieszkał? — wypytywał wójta.
— I w tej, i kaj mu popadło, zwyczajnie jak dziad.
Przejrzeli wszystkie kąty, szukając nawet za obrazami. Józka chodziła za nimi rozpalonymi oczami, a tak rozdygotana ze strachu, że gdy któryś zbliżył się do niej, zaskrzeczała nieprzytomnie:
— Schowałam go pewnie pod siebie, co? Szukajcie!
A kiedy skończyli, Antek przystąpił do starszego i kłaniając mu się w pas, zapytał pokornym głosem: