— Dopraszam się, czy to Rocho zrobił jakie złodziejstwo?
Urzędnik zajrzał mu jakoś z bliska w twarz i rzekł z naciskiem:
— A wyda się, że go ukrywasz, to już razem powędrujecie, słyszysz?!
— Dyć słyszę, jeno nie poredzę wymiarkować, o co sprawa! — podrapał się frasobliwie; urzędnik spojrzał ostro i poniósł się na wieś.
Chodzili jeszcze po różnych chałupach, zaglądali tu i owdzie, przepytując, kogo się jeno dało, że już słońce zaszło i drogi zapchały się stadami pędzonymi z pastwisk, gdy odjechali, nic nie wskórawszy.
Wieś odetchnęła i naraz przemówili wszyscy — każden bowiem rozpowiadał, jak to szukali u Kłębów, jak u Grzeli, jak u Mateusza, i każden widział najlepiej, i najmniej się bojał, i najbarzej im dopiekał.
Jaż Antek, kiedy już ostali sami, rzekł cicho do Hanki:
— Sprawa, widzę, taka, co już nie sposób trzymać go w chałupie.
— Jakże, wypędzisz go?! Taki święty człowiek, taki dobrodziej!
— A żeby to wciórności! — zaklął, nie wiedząc już, co począć.