— I wyście pono za młodu byli nie lepsi! — trzasnęła ją złym słowem.
Stara tak się zaniesła gniewem, że ledwie już wybełkotała:
— Choćby świętemu, a nie przepuszczą!
Nie śmiała już się więcej pastwić nad nią, zaś Jagusia wzięła się prasować jakieś fryzki na jutro. Wieczór szedł wiejny, szumiały drzewa, po niebie, zawalonym drobnymi chmurami, leciał księżyc, kajś na wsi śpiewały dzieuchy, a jakieś skrzypki rzępoliły drygliwą wielce nutą.
Przed oknami rozległ się głos przechodzącej wójtowej:
— Jak wczoraj pojechał do kancelarii, tak i przepadł...
— Pojechał z pisarzem do powiatu jeszcze wczoraj na noc. Powiadał sołtys, jako wezwał ich do siebie naczelnik — odpowiadał Mateusz.
Gdy przeszli, stara odezwała się znowu, ale już łagodniej:
— Czemu to przepędziłaś z chałupy Mateusza?
— Bo mi obmierzł! I po co tu będzie wysiadywał?! Nie szukam se chłopa!