— Czas by ci już było obejrzeć się za którym, czas! Zaraz by i ludzie przestali cię napastować! Choćby i Mateusz, też nie do pogardzenia, chłop zmyślny, poczciwy...
Długo się nad nim rozwodziła i wielce zachętliwie, ale Jagusia się nie odezwała ani słóweczkiem, zajęta robotą i swoimi strapieniami, że stara dała spokój i wzięła się do różańca. Na dworze pocichły już głosy, tylko drzewiny szarpały się z wiatrem i młyn turkotał. Noc była późna, księżyc jakby całkiem zatonął w zwałach, że jeno kajś niekaj świeciły obrzeża chmur i wydzierały się snopy brzasków.
— Jaguś, trza ci jutro do spowiedzi. Lżej ci będzie, jak zbędziesz się grzechów.
— Co mi tam, nie pójdę!
— Nie chcesz do spowiedzi?! — Aż głos jej schrypnął ze zgrozy.
— A nie. Ksiądz do kary to skory, ale z pomocą to się nikomu nie pokwapi...
— Cicho, żeby cię Pan Jezus nie skarał za takie grzeszne gadanie! A ja ci mówię: do spowiedzi idź, pokutuj i Boga proś, to ci się jeszcze wszystko przemieni na dobre.
— A mało to mam pokuty, co? A cóżem to zgrzeszyła? Za co? To pewnie za moje kochanie i za moje cierpienia taka mnie spotyka nagroda, co? Że już co najgorsze we świecie, to mnie spotkało! — skarżyła się żałośnie.
Nie przeczuwała nawet, biedula, że spadnie na nią jeszcze cosik gorsze i bardziej niespodziane, i bardziej niesprawiedliwe.
Nazajutrz bowiem, w niedzielę przed sumą gruchnęła po wsi wieść, zgoła niepodobna do wiary, że wójta aresztowali za brak pieniędzy w kasie gminnej.