Nie sposób było zrazu uwierzyć, i chociaż prawie z każdą godziną ktosik przylatywał z nową i coraz gorszą przykładką, jeszcze nie brali tego zbytnio do serca.
— Próżniaki wymyślą se co niebądź i roztrząsają se la zabawy! — mówili poważniejsi.
Ale uwierzono, gdy kowal wrócił z miasta i wszystko co do słowa potwierdził, a Jankiel w południe powiedział do całej gromady:
— Wszystko prawda! W kasie brakuje pięć tysięcy. Zabierą mu za to całą gospodarkę, a jak będzie jeszcze mało, Lipce muszą za niego dopłacić!
Wzburzyło to wszystkich, że niech Bóg broni. Jakże, bieda wszędy jaże piszczy, do garnka nie ma co włożyć, niejeden się zapożyczył, aby jeno dociągnąć do żniw, a tu przyjdzie płacić za złodzieja! Tego było już za wiela na ludzką cierpliwość, to i nie dziwota, że cała wieś jakby się wściekła ze złości — klątwy, pogrozy i wyzwiska posypały się kieby kamienie:
— A żebyś, ścierwo, skapiał jak ten pies!
— Nie trzymałem z nim spółki, to i płacił za niego nie będę.
— Ani ja! Balował się, używał, a ty cierp za cudze! — pogadywali tak sfrasowani, jaże niejednemu płakać się chciało z markotności.
— Dawno miałem oko na niego i mówiłem, do czego to idzie. Przekładałem, nie słuchaliśta i tera mata bal! — dogadywał z rozmysłem stary Płoszka; pomagała mu Płoszkowa, rozpowiadając, kto jeno chciał słuchać.
— Wiecie, Antek już wyrachował, co na wspomożenie pana wójta zapłacim po trzy ruble z morgi, ale za takiego przyjaciela nie żal i po dziesięć...