Wdarli się do chałupy kiej burza, jaże zadygotały ściany. Dominikowa zastąpiła drogę, to ją stratowali; Jędrzych skoczył bronić i w oczymgnienie zrobili z nim to samo. Wreszcie Mateusz chciał ich powstrzymać przed komorą — i chociaż prał drągiem, chociaż bronił całą mocą, ale nie wyszło i „Zdrowaś”, już leżał kajś pod ścianą z rozbitym łbem i nieprzytomny.
Jagusia była zaparta w alkierzu, a kiej wyrwali drzwi, stała przytulona do ściany i nie broniła się, nie wydała nawet głosu; blada była kiej trup, a w oczach szeroko rozwartych gorzało ponure płomię grozy i śmierci.
Sto rąk wyciągnęło się po nią, sto rąk głodnymi chciwymi pazurami chyciło ją ze wszystkich stron, wyrwało niby kierz płytko wrośnięty w ziemię i powlekło w opłotki.
— Związać ją, wyrwie się jeszcze i ucieknie! — rozrządziła wójtowa.
Na drodze stał już gotowy wóz, nałożony świńskim nawozem po wręby desek i zaprzężony we dwie czarne krowy. Rzucili ją na gnój, związaną niby barana, i ruszyli wśród piekielnego zamętu — urągliwe wyzwiska, śmiechy i przekleństwa posypały się na nią kiej grad po stokroć zabijający.
Ale przed kościołem cały pochód przystanął.
— Trza ją zewlec do naga i pod kruchtą wysiec rózgami! — krzyknęła Kozłowa.
— Zawdy takie bili pod kościołem! Do pierwszej krwi, bierzta ją! — wrzeszczały.
Na szczęście brama smętarza była zawarta, zaś we furtce stojał Jambroż z proboszczowską strzelbą w ręku; i skoro się wstrzymali, ryknął z całej piersi:
— Kto się poważy wejść na kościelne, zastrzelę, jak mi Bóg miły. Ubiję jak psa — groził i tak jakoś strasznie patrzał, gotując broń jakby do strzału, że poniechawszy zamiaru, ruszyli dalej na topolową.