Zaczęli nawet pośpieszać, gdyż burza mogła wybuchnąć leda chwila. Niebo posępniało coraz barzej, wiater bił w topole, jaże się pokładały, kurzawa zrywała się spod nóg, zasypując oczy, i stronami hurkotały grzmoty.
— Poganiaj, Pietrek, prędzej! — przynaglali, rozglądając się niespokojnie po niebie. Przycichli jakoś; szli bezładnie bokami drogi, bo środkiem był srogi piasek, że tylko niekiedy co tam któraś zawziętsza, dopadłszy wozu, ulżyła se, pokrzykując zajadle:
— Ty świnio! Ty tłumoku! A do sołdatów, łajdusie zapowietrzony!
— Używałaś, to nażrej się teraz wstydu, posmakuj zgryzoty! — darły się nad nią.
Pietrek, parobek Borynów, któren powoził — bo żaden drugi nie chciał — szedł przy wozie, smagał krowy, a skoro jeno upatrzył porę, szeptał do niej litośnie:
— Już niedaleczko... Pomsty za taką krzywdę... Ścierpcie ino...
Zaś Jagusia — w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki, skrzywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko — leżała jakby już nie słysząc ni czując, co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną strugą ciekły po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym.
— Prędzej, Pietrek! Prędzej! — wołali coraz częściej, rosła w nich bowiem niecierpliwość, jakby opamiętanie, że już prawie w dyrdy dosięgli granicznych kopców pod samym lasem.
Podnieśli deski woza i wraz z gnojem — jak to ścierwo obmierzłe — rzucili, jaże ziemia pod nią jęknęła. Padła wznak i nawet się nie poruszyła.
Dopadła jej wójtowa i kopnąwszy nogą, zawrzeszczała: