— A niechta szczekają, co im się spodoba. Pyskować na drugiego każdy poredzi, ale do pomocy nikto nieskory.
— Ja nie dopuszczę, żeby ociec mieli dziadować.
— To go se sprowadź do chałupy i żyw, kiejś taka honorna.
— A sprowadzę! Już mu tej łyżki strawy żałujesz! Juści, teraz miarkuję, coś go do tego sama przyniewoliła.
— Przelewa się to u mnie czy co? Dzieciom to pewnie odejmę od gęby, a jemu dam?
— Należy mu się wycug190 od ciebie, nie baczysz?
— Jak nie mam, to z jelit sobie nie wypruję.
— A wypruj i daj! Ociec pierwszy. Nieraz mi się skarżył, że go głodem morzysz i o świnie więcej dbasz niźli o niego.
— Prawda była, juści, ojca morzę głodem, a sama to se używam kiej dziedziczka. Tak się ano wypasłam, co mi już kiecka z bieder zlatuje i ledwie kulasami powłóczę. Na borg191 jeno żyjemy.
— Nie pleć! Myślałby kto, że i prawda.