Jasio powstał, wychylił się cały i jakby patrząc na nią, zawołał:
— Kto tam?
Zamarła na chwilę, przytaiła dech. Serce przestało bić i jakby zdrętwiała w jakimś świętym strachu. Dusza uwięzła kajś w gardle i pełna szczęsnego niepokoju chwiała się w oczekiwaniu.
Ale Jasio jeno popatrzył w opłotki, a nie dojrzawszy, zamknął okno, rozebrał się prędko i światło zgasło...
Noc padła na jej duszę, ale jeszcze długo siedziała wpatrzona w czarne i nieme okno. Przejął ją chłód i jakby operlił srebrną rosą jej duszę wniebowziętą, gdyż wszystko, co w niej wrzało z krwie pożądliwej, przygasło, rozlewając się po niej nieopowiedzianą błogością. Spłynęła na nią uroczysta, święta cichość, jakby to zadumanie kwiatów przed wschodem słońca, że rozmodliła się pacierzem szczęścia, któren nie miał słów, a jeno dziwną słodkość zachwytów, przenajświętsze zdumienie duszy, niepojętą radość budzącego się dnia zwiesnowego — i przeplatał się grubymi ziarnami błogich łez niby tym różańcem łaski Pańskiej i dziękczynienia.
III
— Pójdę już, Hanuś! — prosiła Józka, pokładając głowę na ławkę.
— A zadrzyj ogona kiej cielak i leć! — zgromiła ją, odrywając oczy od różańca.
— Kiej me tak cosik spiera w dołku i tak me mgli...
— Nie przeszkadzaj, zaraz się skończy.