Jakoż proboszcz już kończył cichą, żałobną mszę za duszę Boryny, zamówioną przez rodzinę w oktawę227 jego śmierci.
Wszyscy też co najbliżsi siedzieli w bocznych ławkach, a tylko Jagusia z matką klęczały przed samym ołtarzem; z obcych nie było nikogo, tyla co kajś pod chórem Jagata głośno trzepała pacierze.
Kościół był cichy, chłodny i mroczny, jeno na środku mrowiła się wielgachna struga jarzącego światła, bo słońce biło przez wywarte drzwi, rozlewając się jaże po ambonę.
Michał organistów służył do mszy i, jak zawdy, tak trząchał dzwonkami, że w uszach brzęczało; wykrzykiwał ministranturę228, a latał ślepiami za jaskółkami, które kiej niekiej śmigały po kościele, zbłąkane i trwożnie świegolące.
Kajś od stawu rozlegały się klapiące trzaski kijanek229, wróble ćwierkały za oknami, zaś ze smętarza raz po raz jakaś rozgdakana kokosz230 wwodziła do kruchty całe stado piukających kurczątek, aż Jambroż musiał wyganiać.
A skoro ksiądz skończył, wyszli zaraz wszyscy na smętarz.
Już byli kole dzwonnicy, gdy zawołał za nimi Jambroży:
— A to poczekajcie! Dobrodziej chce wam cosik powiedzieć.
Nie wyszło i „Zdrowaś”, kiej przyleciał zadyszany z brewiarzem231 pod pachą i obcierając łysinę, przywitał dobrym słowem i rzekł:
— Moiście, a to wam chciałem powiedzieć, że zrobiliście po chrześcijańsku, zamawiając mszę świętą za nieboszczyka. Ulży to jego duszy i do wiecznego zbawienia pomoże. No, mówię wam, pomoże!