— Cięższy on latoś niźli łoni. Wszędzie bieda aż piszczy, zaś u komorników to już prosto głód — westchnęła Hanka.
— Kozły też penetrują po wsi. Jeno czekać, jak komu co grubszego ukradną — rzucił kowal.
— Nie bajcie! Ratują się, biedoty, jak mogą. Wczoraj Kozłowa przedała organiścinie kaczęta, to się ździebko wspomogła...
— Rychło przechlają. Nie powiadam na nich nic złego, ale mi dziwno, że piórka mojego kaczora, co mi zginął w ojcowy pochowek, nalazł mój Maciuś za ich obórką — wyrzekła Magda.
— A któż to wtenczas wzion nasze pościele? — wtrąciła Józka.
— Kiejże to ich sprawa z wójtami?
— Nieprędko, ale Płoszka ich wspiera, to już wójtom dobrze zaleją sadła za skórę.
— Że to Płoszka lubi zawdy nos wrażać w cudze sprawy.
— Jakże, przyjaciół se kaptuje234, bo mu pachnie wójtostwo!
Przeszedł im drogę Jankiel, ciągnący za grzywę spętanego konia, któren bił zadem i opierał się ze wszystkich sił.