— Załóżcie mu pieprzu pod ogon, to rypnie z miejsca kiej ogier.
— Śmiejcie się na zdrowie! Co ja już mam z tym koniem!
— Wypchajcie go słomą, przyprawcie mu nowy ogon i powiedźcie na jarmark, to może go kto kupi za krowę, bo na konia już niezdatny! — żartował Michał i naraz wszyscy gruchnęli śmiechem, gdyż koń się wyrwał, skoczył do stawu i nie zważając na Janklowe prośby i groźby, najspokojniej począł się tarzać.
— Mądrala, jucha, musi być od Cyganów!
— Postawcie mu wiadro gorzałki, to może wyjdzie! — zaśmiała się organiścina, siedząca nad stawem przy stadzie kacząt pływających kiej te żółciuśkie pępuszki; rozczapierzona kokosz gdakała na brzegu.
— Śliczne stadko. To pewnie od Kozłowej? — pytała Hanka.
— Tak. I ciągle mi jeszcze uciekają na staw. Tasiuchny! Taś, taś, taś, taś! — zwoływała, rzucając na przynętę przygarściami jagły235.
Ale kaczki szorowały na drugi brzeg, że poleciała za nimi.
— Chodźcie prędzej, kobiety — przynaglał kowal i gdy weszli do chałupy, a Hanka zakrzątnęła się kole śniadania, jął znowu penetrować w izbach i w obejściu; nawet nie przepomniał ziemniaczanym dołom, aż Hanka powiedziała:
— Oglądacie, jakby co ubyło!