Rozjazgotały się nad nim, jaże musiał uciekać.
— Żeby wam, psiekrwie, poodpadały jęzory! — klął i przechodząc mimo domu Dominikowej, zajrzał w otwarte okna.
W izbie się świeciło. Jagusi jednak dojrzeć nie mógł, a wejść się wagował, więc westchnął jeno, zawracając ku swojej chałupie, ale jakoś pokrótce natknął się na Weronkę, idącą do siostry.
— Dopiero co byłam u was. Stacho drzewo obrobił i dół wykopał, można by rznąć. Kiedy przyjdziecie?
— Kiedy? A może na święty nigdy! Tak mi już wieś mierznie, że cheba prasnę wszystko o ziem i pójdę, kaj mnie oczy poniesą — zakrzyczał gniewnie i poleciał.
„Dobrze go cosik ugryzło, kiej się tak bzdycy255!”, myślała, zwracając się do Borynów.
Hanka sprzątała już po kolacji, ale zaraz ją wzięła na bok, opowiadając wszystko, jak było. Weronka z rozmysłem pominęła Jagusiną sprawę, a tylko rzekła o Grzeli:
— Kiej pomarł, to wam jego część przychodzi do działu.
— Prawda, jeszczech o tym nie pomyślałam.
— A z tym, co dziedzic musi dać za las, to po jakie półwłóczku wypadnie na każdego. Troje was jeno! Mój Boże, bogatym to i cudza śmierć na profit się obraca — westchnęła żałośnie.