— Co mi tam bogactwo! — broniła się Hanka, lecz skoro się porozchodzili spać, wzięła rachować po swojemu i skrycie się cieszyć.

Zaś potem, klękając do pacierzów, szepnęła z rezygnacją:

— A skoro pomarł, to już taka była wola boska. — I szczerze westchnęła za jego duszę.

Nazajutrz kole południa wszedł do izby Jambroży.

— Kajżeście to chodzili? — spytała, rozpalając ogień na kominie.

— U Kozłów byłem, dziecko się im oparzyło na śmierć. Wołała mnie, ale tam już jeno trumny potrza i pochowku.

— Któreż to?

— A to mniejsze, co je na zwiesnę przywiezła z Warsiawy. Wpadło do grapy256 z ukropem i prawie się ugotowało.

— Cosik nie wiedzie się jej z tymi znajdami.

— A nie wiedzie. Nie traci ona na tym, dają na pochowek! Ale nie z tym do was przyszedłem.