— Od zasiewów do żniw nie każdy będzie żyw! — mruknął Caban.
— A jak kto na śmierć chory, na nic mu i dochtory! — dodał Walenty z krzywą gębą.
— Skarga tyle sprawi, że nim urząd zjedzie i zabroni, to już i pniaków nie ostanie po naszym lesie, a jak to było w Dębicy, baczycie?
— Z dworem to jak z wilkiem, niech ino jedną owcę spróbuje, wnet całe stado wybierze.
— Nie trza dać, by się znarowił!
— Rzekliście mądre słowo, Macieju; jutro po kościele mają się gospodarze zebrać u mnie, by cosik postanowiła gromada, tośwa przyszli waju119 zaprosić na naradę.
— Wszystkie przyjdą?...
— Wszystkie, a zaraz po kościele...
— Jutro... Cóż, kiej koniecznie muszę jutro jechać do Woli, prawdę mówię, dzielą się tam gospodarką krewniaki, a swarzą i procesują, obiecałem się rozsądzić, by się sierotom krzywda nie stała, jechać muszę, ale co postanowicie, to tak wezmę, jakbym uradzał społem.
Wyszli markotni nieco, bo chociaż wszystkiemu przytwierdzał i zgadzał się na wszystko, co mówili, dobrze poczuli, że z nimi szczerze nie trzyma.