— Obraz ci jaki przyniesę, a i statków, co ino najdę zbędnych. Stacho wrócą i chałupę przy ludzkiej pomocy rychło podźwigną, że nie ostaniesz tak długo... — uspokajała ją Hanka poczciwie. — A kaj to ociec?
Chciała go zabrać do siebie.
Stary ostał przy rumowiskach, w progu ano siedział, opatrując bok pieskowi.
— Zbierajcie się ze mną, u Weronki na nowym ciasno, a u nas przeciech znajdzie się la was kąt jakiś.
— Nie póde, Hanuś... Juści... Ostanę... Urodziłech się tutaj, to i zamrę.
Co się go naprosiła, co mu się naprzekładała — nie chciał i nie.
— W sieni se legowisko wyszykuję... Juści... A jeśli każesz... To do waju jeść przyjdę... Dzieci ci za to przypilnuję... Juści... Pieska ino zabierz, bok mu skaleczyło... Juści... Stróżować ci będzie... Czujny wielce.
— Zwalą się ściany i jeszcze was przygniecie! — prosiła, przekładając.
— I... Dłużej przetrzymają niźli człowiek niejeden... Pieska weź...
Nie nalegała już więcej, skoro nie chciał. Po prawdzie i u niej było ciasno, a ze starym nowy kłopot by był.