— A spędź kury, by się jaka do żydowskiego woza nie zaprzęgła! — krzyknęła za nią Hanka, wyglądając przed dom.

Tereska żołnierka skręcała właśnie w opłotki, jakby uciekając przed Żydowicą, która za nią cosik wykrzykiwała.

Wpadła do izby, słowa nie mogąc przemówić a jąkając się jeno i czerwieniąc okrutnie, a tak jakoś strapiona, że aż łzy zawiesiły się u jej rzęs długich.

— Co to wam, Teresko? — spytała wielce rozciekawiona.

— A bo te oszukańce dają mi tylko piętnaście złotych, a wełniak całkiem nowy! Tak mi potrza pieniędzy, że dziw się nie skręcę...

— Pokażcie... A drogi? — łakoma była na przyodziewę.

— Choćby ze trzydzieści złotych! Wełniak nowiutki, ma całe siedm łokci i pół piędzi. Samej czystej wełny wyszło na niego więcej niźli cztery funty, farbierzowi też płaciłam.

Rozwinęła go na izbie, że zabłysnął i zamigotał kiej tęcza i grał farbami, aż oczy trza było mrużyć.

— Śliczności, nie wełniak! Wielka szkoda, ale cóż? Sama potrzebuję grosza na święta. Nie możecie to poczekać do Przewodów333?

— Hale, kiej mi choćby w tej godzinie potrzeba!