Dziwowali się temu, oglądając raz po raz, a kiej Hanka powróciła z Jagustynką z kościoła, też wzięła patrzeć. Ale nic nie rzekła, jeno stara, przejrzawszy wszystkie, szepnęła w zdumieniu:
— Skąd się to bierze u ciebie? No, no...
— Skąd? A samo tak z głowy pod palce przychodzi!
Uradowana była.
— Dobrodziejowi by parę zanieść!
— Święcił jutro będzie, to mu podam. Może weźmie...
— Takie śliczności, że dobrodziej nie widzieli! Zdziwują się wielce! — mruknęła urągliwie Hanka, gdy Jagna poszła na swoją stronę, bo już późno było.
Na wsi też długo w noc siedzieli tego wieczora.
Chmurno było na świecie i ciemno, choć spokojnie. Młyn jeno turkotał zawzięcie, a po chałupach prawie do północka świeciło się w oknach, że kładły się światła na drogi, a kajś niekaj aż na stawie się trzęsły wraz z wodą — majstrowali ano świąteczne przyodziewy i kończyli jeszcze roboty.
Sobota zaś przyszła całkiem ciepła i mgłami rzadkimi otulona. Ale tak jakoś weselnie było na świecie, że naród, chociaż po ciężkiej pracy wczorajszej, żwawo się podnosił do nowych utrudzeń i turbacji.