— Bez zmiany? Co?
— A juści, rana się prawie zagoiła, a im nic nie lepiej.
Zażył tabaki, powlókł oczyma po kupiących się przy progu i w sieniach.
— Gdzie to ten chłopiec, który mi sprzedał bociana?
Józka wypchnęła spod komina na środek zawstydzonego Witka.
— Naści347 dziesiątkę, udał ci się: tak kury goni z ogrodu, że ni jedna nie zostaje! A jutro które do mężów idą?
— Z pół wsi się wybiera!
— To dobrze, byle tylko zgodnie i cicho, a na rezurekcję przychodzić, o dziesiątej zacznę. Mówię: o dziesiątej! A śpijcie w kościele, to Ambrożemu każę wyprowadzić! — dodał groźnie, wychodząc powoli.
Ruszyli z nim całą gromadą, odprowadzając do młynarzów.
A Witek, pokazując Józce miedzianą dziesiątkę, szepnął ze złością: