— Boga by nie było ni sprawiedliwości na świecie! — szepnęła groźnie, ale zbrakło jej sił do rozmyślań, bo śpik ją zaraz z miejsca zmorzył.
Nazajutrz bardzo późno obudziły się Lipce.
Dzień się już rozwierał kiej to modre oko — jeszczech bielmem śpiku zasnute, ale już widne do cna i połyskujące — a wieś spała w najlepsze.
Nie kwapili się zrywać z barłogów, choć dzień ci to szedł Pańskiego Zmartwychwstania. Słońce wyniesło się zarno od wschodu i zagrało w stawach a rosach, i płynęło po bladym, wysokim niebie, jakby śpiewając wszemu światu ciepłem a światłością: „Alleluja!”.
Niesło się ogromne i promienne wskroś mgieł przyziemnych, wskroś sadów i chałup, i pól, że ptaki zaśpiewały radośnie, wody dzwoniły weselnym bełkotem, bory zaszumiały, wiater powiał, zatrzęsły się młode liście, a ziemia zadrgała, że gęste runie zbóż zakolebały się cichuśko i rosy kiej łzy posypały się na ziemię.
Hej! Wesoły dzień nastał! Chrystus nam zmartwychwstał! Alleluja!
Zmartwychwstał on, umęczon i lutą352 złością zabit! Powstał ci znowu w żywe; z ciemności, z mrozów, z pluch się wyniósł, najmilszy! Śmierci srogiej się wydarł, zmógł niezmożone ku człowiekowemu szczęściu. I oto w ten czas wiośniany, w tę porę rodną unosi się nad ziemiami, w tym słońcu przenajświętszym utajony, i rozsiewa wokół wesele, budzi omdlałe, ożywia martwe, wznosi przygięte, jałowe zapładnia.
Alleluja! Alleluja! Alleluja!
Tym ci to świat wszystek się rozlegał onego dnia Pańskiego.
Jeno w Lipcach było ciszej i smutniej niźli po inne roki w tę porę.