Józka poleciała tam w te pędy.
Witek stojał pod szopą, chowając cosik za siebie, a Gulbasiak przywarował za pługami, że mu ino łeb się bielił.
— Nic, Józia... Nic... — szeptał pomieszany.
— Kuręście dusili... Pióra jeszcze ano lecą...
— Inom kogutowi trochę z ogona wyrwał, bo mi potrza la mojego ptaka. Ale nie nasz kogut, nie, Józia! Gulbasiak skądciś przyniósł... Swojego...
— Pokaż! — rozkazała surowo.
Cisnął jej pod nogi na pół żywego ptaka, całkiem oskubanego z piór.
— Pewnie, że nie nasz! — rzekła, nie mogąc rozpoznać. — Ale pokaż swojego cudaka.
Wyniósł na jaśnię już całkiem gotowego kogutka: z drzewa był wystrugany i oblepiony ciastem, w które powtykano piórek, że kiej żywy się widział, bo i łeb z dziobem miał prawdziwego, na patyk nadziany.
Na desce se stojał czerwono ukraszonej, a tak zmyślnie przyrychtowanej do maluśkiego wozika, że skoro Witek zaruchał długim dyszelkiem, kogut jął tańcować i skrzydła rozkładać; do tego zaś zapiał Gulbasiak, jaże się kury z grzęd odezwały.