— Mroczeje, czas do domu! — szepnął cicho.
— A to pódźmy!
Szli w milczeniu, nakryci prawie cieniami drzew. Słońce zaszło, modrawe mroki trzęsły się na pola; zórz dzisiaj nie było, jeno przez grubachne pnie topoli widniał na niebie złocisty rozlew375. Świat przygasał.
— I to wszystko prawda, co tam pokazane? — przystanęła.
— Wszystko, Jaguś, wszystko.
— Jezu, takie wody wielgachne, takie światy, że uwierzyć trudno.
— Są, Jaguś, są! — szeptał coraz ciszej, zaglądając jej w oczy z tak bliska, że wstrzymała oddech, dreszcz ją przeszedł i podała się piersiami naprzód; czekała, iż ją obejmie i do pnia przyprze, jaże ramiona się jej ozwarły i gotowa się była dać, ale Jasio odsunął się śpiesznie.
— Muszę iść prędzej. Dobranoc Jagusi! — I poleciał.
Z dobry pacierz przestojała, nim się poredziła ruszyć z miejsca.
„Urzekł me czy co!”, myślała, wlekąc się ociężale; mąt jakiś miała w głowie, ciągotki ją rozbierały.