Tak byli tym rozgniewani, że skoro przyszli do Boryny opisywać ów podkop, starszy klął na czym świat stoi, a natknąwszy się w ganku na Bylicę, z pięściami do niego skoczył i krzyczał:
— Ty, mordo sobacza387, czemu to nie pilnujesz, że ci się złodzieje podkopują, co! — I już od maci jął mu wywodzić.
— A pilnuj sobie, od tegoś postanowiony; ja nie twój parobek, słyszysz! — odciął z miejsca stary, do żywego dotknięty.
Aż pisarz ryknął, by pysk stulił, kiej z osobą urzędową mówi, bo do kozy pójdzie za hardość. Ale stary się rozwścieklił na dobre. Prostował się hardo i groźny, miotający oczyma, zachrypiał:
— A tyś co za osoba? Gromadzie służysz, gromada ci płaci, to rób, coć masz przez wójta nakazane; a wara ci od gospodarzy! Widzisz go, łachmytek jeden, pisarek jakiś! Odpasł się na naszym chlebie i będzie tu ludźmi pomiatał... I na ciebie się znajdzie większy urząd i kara...
Wójt z sołtysem rzucili się go przyciszać, bo srożył się coraz barzej i już kole siebie za czymś twardym macał drżącymi rękoma.
— A zapisz me do śtrafu, zapłacę i jeszczech ci na gorzałkę dołożę, jak mi się spodoba! — wołał.
Nie zwracali na niego uwagi, opisując wszystko podrobno388 i rozpytując domowych o podkop. A stary mruczał cosik do siebie, obchodził dom, zazierał po kątach; psa nawet kopnął, nie mogąc się uspokoić.
Po skończeniu chcieli co przegryźć, ale Hanka kazała powiedzieć, że mleka i chleba zbrakło akuratnie, są jeno ziemniaki od śniadania.
Ponieśli się do karczmy, w żywe kamienie Lipce wyklinając.