— Płacą na utrzymanie, nie z dobrości je przytula! — rzekła Hanka surowo.
— Pięćdziesiąt złotych na cały rok od sztuki, niewielka to obrada...
— Niewielka, bo przepija z miejsca, a potem dzieciska z głodu mrą.
— Dyć nie wszystkie. A nie wychował się to wasz Witek, a i ten drugi, co to jest w Modlicy u gospodarza!
— A bo Witka ociec wzięli takim skrzatem, co jeszcze koszulę w zębach nosił, i w chałupie się odgryzł. Tak samo było i z tamtym.
— Bronię to Kozłowej? Powiadam ino, jak się mi widzi. Musi kobieta szukać jakiego zarobku, bo do garnka nie ma co wstawić.
— Juści, Kozła nie ma, to nie ma kto ukraść.
— A z Jagatą się jej nie udało. Stara miasto umrzeć pozdrowiała galanto i wyniesła się od niej. Wyżala się teraz po wsi, że Kozłowa co dnia jej wymawiała, iż ze śmiercią zwłóczy, by ją poszkodować.
— Wróci pewnie do Kłębów. Gdzież jej szukać schronienia?
— Nie wróci, rozżaliła się na krewniaków. Kłębowa nierada ją puściła od siebie, boć to i pościel stara ma, i grosz pewnie spory. Ale nie chciała ostać; przeniesła skrzynie do sołtyski i upatruje se, u kogo by mogła pomrzeć spokojnie.