Rzeka migotała w słońcu i wiła się pokrętnie wskroś łąk zielonych, nabitych kajś niekaj kępami żółtych i białych kwiatków.
Chorągwie wiały się nad głowami, niby te ptaki wielgachne, żółtoczerwonymi skrzydłami, krzyż kołysał się na przedzie, a głosy rozśpiewane roznosiły się z wolna w cichym, przejrzystym powietrzu, spadając na trawy, na kępy łozin jasnozielonych, na cierniowe krze, całe w białościach kwiatów kieby w tych gzłach423 przenajświętszych.
Woda pluskała o brzegi, gęsto upstrzone kaczeńcami, kieby do cichego wtóru pieśniom i oczom lecącym przed się w dale jasnego nieba, w rzekę rozmigotaną złotymi łuskami, w te wsie widniejące na wyżniach suchych, a ledwie znaczne w modrawym powietrzu wstęgami sadów biało kwitnących.
Ksiądz szedł z asystą tuż za krzyżem i śpiewał wraz z drugimi.
— Coś dużo kaczek się podrywa! — szepnął, zezując na prawo.
— Przelotne, krzyżówki — odparł młynarz, patrząc za rzekę w niziny, zarosłe żółtą, zeszłoroczną trzciną i olchami, skąd raz wraz podrywały się ciężko całe stada.
— I bociaków coś więcej niźli zeszłego roku.
— Mają co żreć na moich łąkach, to się z całego świata zwłóczą.
— A ja swojego straciłem, w same święta się gdzieś zapodział.
— Do stada się pewnie przyłączył, na przelocie.