— A prawda! Wczesny być musi, rola doprawiona i idzie kiej bór.
— Ja siałem jeszcze na Palmową, a dopiero kły puszcza.
— Bo u dobrodzieja na tym dołku zimnica, a tu grunt cieplejszy.
— I jęczmiona już im powschodziły, a równe, jakby siewnikiem posiane.
— Modliczaki dobre gospodarze, na dworską modę w polu robią.
— Tylko na naszych polach ani znaku jeszcze owsów i jęczmionów.
— Spóźnione wszystko. Deszcze też przybiły, że nieprędko się ruszą.
— I spaprane, że niech Bóg broni! — westchnął ksiądz żałośnie.
— Darowanemu koniowi w zęby nie zaglądają — zaśmiał się kowal.
— Te, wisusy, uszy poobrywam, jak nie przestaniecie! — krzyknął proboszcz na chłopaków śmigających kamieniami za stadkiem kuropatw, szorujących w poprzek zagonów.