Wieś jeszcze nie spała. Ciche pogwary trzęsły się od progów i przyźb, tonących w ciemnościach, zaś drogi, przysłonione cieniami drzew, a jeno niegdzie porznięte świetlistymi pręgami z okien bijącymi, mrowiły się od ludzi.
Jaguś niby to do matki zmierzała, a jęła kręcić nad stawem, kołować, przystając coraz częściej, bo prawie co krok natykała się na jakąś parę, mocno splecioną i cicho gwarzącą.
Spotkała i brata z Nastusią — trzymali się wpół, całując zapamiętale.
Wlazła też niechcący na Marysię Balcerkównę z Wawrzkiem; gdziesik pod płotem, w grubym cieniu stojali, przytuleni do siebie i o bożym świecie niewiedzący.
Rozpoznała po głosach i drugie, że z każdego cienia nad wodą, spod płotów, zewsząd roznosiły się szepty, dyszące słowa, upalne westchnienia, jakieś dygoty i szamotania. Cała wieś zdała się wrzeć ukropem miłowań i lubością, że nawet i te skrzaty ledwie odrosłe, a i to wodziły się z chłopakami, gżąc się a przeganiając po drogach.
Obmierzło jej to nagle, że wzięła ich wymijać, kierując się prosto do matki. Ale przed domem spotkała się oblicznie436 z Mateuszem. Nie spojrzał nawet na nią, mijając kiej to drzewo; wiódł się z Tereską, trzymając ją wpół i cosik jej prawiąc... Przeszli, a ona jeszcze słyszała ich głosy i przytłumione śmiechy.
Zawróciła nagle i już w dyrdy, jakby goniona przez wszystkie psy, uciekała do chałupy.
A wieczór — cichy, wiośniany, pachnący, nabrzmiały radością powitań, przejęty świętą cichością szczęścia — płynął niepowstrzymanie.
Gdziesik w nocy, w rozpachnionych sadach czy na polu, fujarka zaświergoliła tęskną nutą, jakby do wtóru tym szeptom i całunkom, i radościom.
Zaś na moczarach żaby zarechotały wielkim chórem, niekiedy jeno przerywanym. A drugie, we stawie przymglonym kiej oko zasypiające, odpowiadały im przeciągłym, sennym, coraz cichszym hukaniem... Aż dzieci, baraszkujące po drogach, jęły się z nimi przemagać i krzyczeć, przekomarzając: