— Bóg zapłać wama. Cie, jakaście to poczciwa!
— To już całe trzydzieści złotych bierzcie, do równa. — Supłała z węzełka dodając po dziesiątce. — Bierzcie — skamlała, powstrzymując łzy; dusza się jej darła, jakby każdy grosik pruła sobie z wnętrzności.
Pieniądze dziwnie kusząco lśniły w słońcu. Przymrużał oczy z lubości, grzebiąc między nimi: nowe były i czyste. Wzdychał ciężko, zmagając się ze straszną chęcią, jaże odwrócił się i szepnął:
— Schowajcie dobrze, a to podpatrzą i jeszcze wama ukradną.
Napraszała go jeszcze cichuśko, ale jeno tak la zwyczaju, bo kiej się nie ozwał, jęła skwapnie zawijać i chować te swoje skarby.
— Czemuż to nie siedzicie u nas? — zagadnął po jakimś czasie.
— Jakże, robocie żadnej nie poredzę, nawet za gąskami nie wydążę. Darmo to żreć będę, co? Słabam, już z dnia na dzień końca czekam. Pewnie, co u krewniaków milej by pomrzeć, milej... Choćby nawet w tej komorze po jałówce... Juści, jeno gdzieżby wam taki kłopot i turbacje! Całe czterdzieści złotych mam na pochowek... Bych to i ze mszą było... Po gospodarsku... Co? Pierzynę bym dołożyła... Nie bójcie się, cichuśko wama usnę, ni się spodziejecie... Pokrótce... — jąkała nieśmiało, z bijącym sercem oczekiwania, że ją przyjmie i powie: „Ostańcie!”.
Ale się nie odezwał, jakby nie rozumiejąc tych skamłań. Przeciągał się jeno, poziewał i jął się chyłkiem przebierać kole chałupy ku stodółce, na siano...
— Gospodarz taki... Juści... Jakżeby... Dziadówkam ino... — łkała w sobie cichuśkim, żalnym skrzybotem, podnosząc wypłakane oczy ku niemu.
Powlekła się wolniuśko, kaszląc często i przysiadając co trocha nad stawem. Poszła znowu, jak co dnia, wypatrywać po wsi, kajby mogła pomrzeć po gospodarsku, przez oszukaństwa.